(zrobione z Michaelą, czeską laską w budce do robienia zdjęć na Warschauer Straße)



Po 2 miesiącach nauki niemieckiego przyszedł czas na sprawdzenie swoich umiejętności. Wyszło całkiem nieźle. Najlepiej idzie mi kupowanie papierosów w sklepie, bo to zdecydowanie ćwiczyłam ponad miarę. 
Poszłam na kilka koncertów i imprez ze znajomymi. Tańczyliśmy pół nocy nad rzeką. Było zimno w cholerę, ale my twardo wytrwaliśmy w imprezowych ciuchach. 
Ćwiczyłam także swój hiszpański z gorącym chłopcem z San Sebastián. Jak będę miała szczęście to Hiszpania niedługo przyjedzie do Polski i zamiast zimy będę tu miała gorące lato.
Tym razem mieszkałam na
Warschauer Straße w centrum gorącego Friedrichshain, gdzie na 10 min spaceru przypada 3 kluby, 4 kawiarnie i 5 restauracji. Bardzo spodobało mi się mieszkanie tam. Miałam świetny widok z okna, na budzący się do życia Berlin, na rzekę i pięknie oświetloną O2 Halle. Szczególnie w nocy mogłam stać na moście, palić papierosa, zamarzać na kość i wpatrywać się przed siebie. Wszystko bardzo blisko, niesamowicie przyjemne spacery na stację U-Bahna, piękni ludzie spieszący się na poranną kawę do Goodies, zakupy w Kaiser's, gotowanie na podłodze z Michaelą. Uwielbiam tymczasowość Berlina. To, że ludzie nie zawracają sobie głowy przyszłością. Żyją tu i teraz. Gotują na podłodze, bo nie chce im się kupować mebli, bądź zwyczajnie wolą przeznaczyć czas na coś innego niż chodzenie godzinami po IKEA, np. wieczory w pubach, albo włóczenie się po Berlinie z piwem w ręku. Jeśli coś im się nie podoba to po prostu to zmieniają. Niektórzy żyją w dziwnych komunach mieszkaniowych, w których nikt nie wie kto w danej chwili zajmuje jakąśtam część mieszkania. Ok, to może jest już lekka przesada, ale tak właśnie jest. Poznałam wielu obywateli USA czy UK, którzy mieszkają w Berlinie od niedawna, nie to że w ogóle nie sprawiają sobie kłotopotu nauczenia się języka, bo nie muszą go znać, żeby rozmawiać czy nawet pracować w Berlinie, przesiąknęli już miastem tak bardzo, że nie wrócą już do Londynu/Kalifornii/Dublina gdzie się urodzili czy wychowali, bo właśnie chwyciła ich ta słynna tymczasowość. Poznawać ludzi jest tak łatwo. Żadnych uprzedzeń, oceniania czy niekomfortowych sytuacji. 
Moja koleżanka z czeskiej Pragi przyjechała do Berlina na 6 tyg. Wynajęła mieszkanie właśnie na Warschauer Straße. Kiedy ja przyjechałam mieszkała już tam 9 dni. W tym momencie, tydzień po moim powrocie do Warszawy szuka pracy i chce zostać tam na zawsze. 
Znajomi z Warszawy, z którymi byłam na koncercie The Kills i wracałam z Niemiec mówili, że przeszkadza im to, co mnie inspiruje, to, że berlińczycy nie mogą nigdzie zagrzać miejsca, przeprowadzają się bardzo często i żyją w dosyć surowych warunkach. A może oni właśnie nie przyzwyczajają się do mieszkania, a bardziej do ludzi i miasta, trochę jak wierne psy, które zaadaptują się wszędzie, byleby miały ze sobą swego ukochanego właściciela? Oczywiście, niektórym to może przeszkadzać, może wolą przyjemne, przytulne mieszkanka z zawsze pełną lodówką i przygotowanym na następny dzień obiadem? Moim zdaniem takie planowanie jest na nic. Tylko wypłukuje życie z tego podniecającego oczekiwania i niepewności. Ja bardzo szybko się wszystkim i wszystkimi nudzę, także takie berlińskie życie mi jak najbardziej pasuje - bez nudy i rutyny. Zawsze trzeba być czujnym, bo zawsze coś można poprawić. 
Ludzie mówią: Paryż, Londyn, Sztokholm, Barcelona, a mnie te miasta ni grzeją ni chłodzą. Oddycham dopiero w Berlinie.
Ale cóż, trochę jeszcze muszę pocierpieć i ponudzić się w Warszawie, a później - zobaczymy.
Name:

Komentarze: