kolejny raz zrobiłam z siebie totalną kretynkę przed śmietnikiem.
nie to, że nadal nie potrafię otworzyć tej głupiej bramy do śmietnika to jeszcze pękł mi worek i przy panu, przy którym nie chciałam żeby się to wydarzyło, na ulicę dziarsko potoczyło się kilka butelek po winie oraz po piwie marki DONER z Bierdronki za 1,2zł.
chyba złożę podanie do spółdzielni o założenie innej bardziej obsługiwalnej bramy do śmietnika i zacznę kupować mocniejsze worki na śmieci.

jestem bardzo zła z powodu anulowania koncertu primal scream! (wyrażę swoją frustrację w dniu jutrzejszym, już wiem nawet na kim)

byliśmy dziś z filipem kupić mikołajkowi kurteczkę, a później na szybkiej (i późnej) kolacji w lanczowisku. wróciłam totalnie zmęczona, ale dzień zaliczam do udanych.
jutro czeka mnie chilloutowanie i beztroska w zielonych i pachnących kozami lipinkach (poniżej kilka zdjęć z tej cudownej sielanki) oraz z agą. ona pójdzie na koncert madonny, a ja na babski wieczór do magdy.
i też dobrze jest!

może i dobrze, ale zawsze może być lepiej, nie?

Name:

Komentarze: